Czym się różni fandom od literaturoznawców?
Albo dlaczego przydarzyła nam się współczesność
Grzesiek Czapski podesłał mi, żebym przeczytał artykuł Marcina Świątkowskiego z 62 numeru “Ha!Artu”, Książki i książki. Żelazna kurtyna polskiego pola literackiego, w którym autor mimochodem wspomina o Emarginacjach (pisząc, że jesteśmy ścisłym fandomem, cokolwiek to znaczy, oraz że zajmujemy się tematami o dziesięć lat zaległymi. No cóż, nigdy nie aspirowałem do bycia najszybszym człowiekiem na świecie) podczas wywodu o sławetnych podziałach na linii literatura głównego nurtu — literatura gatunkowa.
O tym podziale nie będę się wypowiadał, bo już tyle mądrych głów to zrobiło, ponadto to jest dopiero odświeżanie kotletów sprzed trzydziestu lat. Ale za to autor wyprowadza ciekawą refleksję: stawia środowiska fandomowe jako odpowiednik literaturoznawców oraz dyskursu prowadzonego w tak szacownych periodykach, jak właśnie “Ha!Art”.
Dla osób niezaznajomionych albo tych, którzy już zdążyli zapomnieć: jedno z założeń fandomu jest takie, że za jego pomocą, każdy może wziąć udział w dyskusji na ulubione tematy. Nie musi mieć do tego żadnego dyplomu, doświadczenia ani znajomości. To też może być papierek lakmusowy, czy dana impreza jest fandomowa: czy człowiek z ulicy może przyjść i zaproponować jakieś wystąpienie, wykład albo inną atrakcję, i istnieje niezerowa szansa, że zostanie przyjęta.
Ma to swoje oczywiście konsekwencje. Można się zżymać, że poziom dyskusji jest niski, że wypowiadają się ludzie mało oczytani, nieposiadający warsztatu i tak dalej. Ale właśnie o to chodzi. Egalitaryzm nie jest tutaj ubocznym wypadkiem przy pracy: to jest jedno z głównych założeń!
A przypominam, że w naszym społeczeństwie kultura nie może albo wręcz nie powinna być egalitarna. To ma pozostać domeną akademii, instytucji publicznych czy też samorządowych albo Poważnych Ludzi publikujących w Poważnych Czasopismach. A podejście, według którego taki człowiek z ulicy może pisać albo mówić co sobie myśli, to jest objaw jakiejś myśli szalenie antysystemowej czy wręcz wywrotowej. Przecież to może mieć daleko idące skutki dla tych społeczności, aż strach pomyśleć, że padną ostatnie bastiony prasy drukowanej i papierowej, pogrzebane przez instagramowych ekspertów, albo jeszcze gorzej: piszących głupoty na substacku.
Chociaż przeglądając ostatnio programy imprez typowo fandomowych, a nawet listę osób, które pisały do naszych Emarginacji, to coraz bardziej mam wrażenie, że w przeciągu ostatnich kilkunastu lat dokonała się ogromna profesjonalizacja (znaczy się coraz więcej mówców ma literki przed nazwiskami oraz instytucje kultury w CV) pod względem tego, kto się wypowiada. Nie dlatego, że kiedyś nie było wykładowców akademickich, albo że było ich mniej. Raczej tego, że ludzie, którzy mają potrzebę się wypowiadać i coś tworzyć po prostu idą i robią te doktoraty. Może to jest normalna kolej rzeczy?
Tutaj trudno będzie o dogadanie się, ponieważ podział jest głęboko światopoglądowy i dotyczy bardzo mocnych założeń. I tego się nie przeskoczy. Ominąć to można tylko wtedy, gdy postawi się w samym sercu temat rozważań: właśnie kulturę. Nie akademię, nie filologię, wreszcie nie jakąś mityczną fantastykę albo pisanie gatunkowe. Tylko właśnie literaturę: im więcej o niej mówimy, a im mniej powtarzamy kłótnie sprzed lat, tym lepiej na tym wyjdziemy.
A że mówimy o kulturze za mało, za mało czytamy słów o słowach, to zupełnie inny temat; ale to jest rzecz na zupełnie inne przemyślenia, i temu raczej służą Emarginacje, do których aktualnie wykańczam wywiady, które znajdą się w drugim tomie.
Dlatego uważam, że najlepiej pozbyć się pretensji literaturoznawczych (co Paweł Domownik nazywa “larpowaniem akademii”), ale też większości językowych artefaktów fandomowych, które bardzo dobrze pozwalają nam funkcjonować w rzeczywistości społecznej, ale żeby w ten sposób mówić o książkach, i jeszcze umieć dotrzeć do tego przysłowiowego zwyczajnego czytelnika: tylko przeszkadzają.
Tylko czasami ciężko to zrobić, bo człowiek wdaję się w jakieś tyrady — dokładnie tak, jak niżej podpisany, który zamiast ganić przeczytaną dopiero co Medeę Blandine Le Callet i Nancy Peñę, wydaną w języku angielskim przez Dark Horse albo Imperium kolibra wydane nakładem Spisku Pisarzy zajmuje się takimi wycieczkami. Ale no cóż, nikt nie jest doskonały.


Czym się różni fandom od literaturoznawców? Pewnie akademikom żyłka pęka, że my nie musimy zbierać punktów za publikacje