Bruno Schulz po latach
Apokryfy i herezje: antologia opowiadań fantastycznych inspirowanych twórczością Brunona Schulza, Grupa Wydawnicza Alpaka, 2025
Omawiana książka jest dostępna tutaj.
W końcu, po wielu miesiącach oczekiwań, ukazały się "Apokryfy i herezje: antologia opowiadań fantastycznych inspirowanych twórczością Brunona Schulza", pod redakcją Weroniki Mamuny, wydana przez Grupę Wydawniczą Alpaka.
Prace nad książką przeciągnęły się o wiele dłużej, niż myślałem. Wręcz książka powstawała przez całą epokę i zdążyło zmienić się jednocześnie wszystko i nic. Pamiętam, gdy ogłaszano nabór. To była, jeśli pamięć mnie nie myli, wiosna 1938 roku. Wszyscy wtedy czytaliśmy namiętnie "Sanatorium pod klepsydrą" oraz wracaliśmy do dawnych opowiadań, które zarówno Wiadomości Literackie jak i wydawnictwo "Rój" sukcesywnie wypuszczały w kolejnych e-bookach. Sam Bruno Schulz był wówczas gwiazdą – kolejne nominacje do Nike, Zajdla, nagród Nowej Zwrotnicy. Wywiady w telewizji śniadaniowej, dziesiątki podcastów i audycji. Spotkania autorskie, konwenty, przepychanki i kontrowersje. Coraz większe oczekiwania wobec debiutanckiej powieści, o której wiedzieliśmy tak mało, ale która miała wstrząsnąć całą Polską sceną.
Wtedy też krakowska Alpaka zdecydowała się, żeby to właśnie Schulza uczynić bohaterem kolejnej swojej antologii. Zaczął się i skończył nabór. Ogłoszono osiem opowiadań, które zostaną wydane. W tym "Miejsce poza czasem" niżej podpisanego. To miała być inna książka, celebrująca kogoś, kto był nam blisko, kto był tuż obok i powoli stawał się patronem utworów dziwnych, wykraczających poza style, gatunki, moralności i pomysły.
Stało się jednak inaczej.
W międzyczasie wydarzyło się wszystko. Wybuchła wojna i jesteśmy już w innym świecie. Bruno Schulz nie żyje, w sposób bestialski zamordowany. Powieść "Mesjasz" nigdy nie ujrzała światła dziennego, a nam pozostały tylko wspominki skrawków. Drohobycz jeszcze bardziej niż wcześniej stał się mitem. Mamy tylko nasze wspomnienie, mamy opowiadania, rysunki i wrażenia. Pozostała nam literatura.
I w taki właśnie sposób sięgamy do gotowych "Apokryfów i herezji".
Dopiero co byliśmy po premierze "Emarginacji", gdy usłyszałem od różnych twórców, w tym od związanego ze środowiskiem Awangardy Warszavskiej, że jest to projekt o największej na świecie interlinii. Myślałem o tym, gdy przebijałem się przez kolejne stronice ciasno upakowanego tekstu, wypełniającego większość wirtualnej kartki tekstu.
Dziewięć opowiadań. O "Miejscu poza czasem" nie będę tu pisał, to wymagałoby osobnego wpisu.
1. Weronika Mamuna, Zamiast wstępu
Wyczytałem tam wielką tęsknotę za nieznanym, za wyciągnięciem ze szczelin pomiędzy płytami chodnikowymi niezwykłości kryjącej w sobie normalność i jednocześnie normalności kryjącej w sobie niezwykłość (nie wiem, czym się różni jedno od drugiego). Bo bez tego można zostać szybko i łatwo pochłoniętym przez gorszy świat i pozostać w nim na zawsze.
2. Anna Łagan, Księga wysypiska
Poznajemy tutaj dwie przeplatające się metafory – Księgi (dobrze znanej ze "Sklepów cynamonowych") oraz wysypiska, jako źródła i materiału do dorastania, inspiracji, przeżyć. Niosą ze sobą emocje, wrażenia i nie pozwalają się zatrzymać, ale też na zawsze są przyporządkowane do przeszłości; nie da się powrócić do dzieciństwa, nie da się powrócić do kolejnych iteracji przeszłości, zawsze je przetwarzamy, zazwyczaj zapominamy.
3. Aleksandra Stanisz, Leć
Wspomnienie dzieciństwa, zagubienia, alienacji i fascynacji tym, co szybuje w powietrzu. Paktowanie z ptasim demiurgiem i zastanawianie się, na ile przynależy się do zwyczajnego świata, a jak dalece można z niego odejść. Zazwyczaj nie można, ale fantazja staje się czymś, co może na zawsze połączyć zbyt wrażliwych i zbyt samotnych ludzi.
4. Oliwia Węglewska, Pokrzywa
Pisana jako dziecięcy strumień świadomości dekonstrukcja dziecięcej cielesności i pytanie jak z tego punktu widzenia rozumieć dziecięcość i mamusiowatość (i przy okazji tatowatość, sąsiadkowatość i tak dalej). Z całego zestawu chyba najbardziej (a może jako jedyne?) obrazoburcze i wchodzące w dużo ciemniejsze strony.
6. Paulina Rezanowicz, Pensjonat
Bardzo klasyczna i bardzo ostrożna opowieść o młodocianym odkrywaniu siebie, śmiałości, wstydzie i radzeniu sobie z najgorszym – własną rodziną. Chyba najmniej schulzowski tekst w formie i języku, to pokazuje, jak bardzo mamy dzisiaj inną wrażliwość, mówiąc o nas samych.
7. Lena Dominiczak, Muślinowy dom
Bardziej poemat niż proza, w którym znów jesteśmy w roku 1938, nadchodzą ciepłe dni, można nie myśleć o tym, co przyjdzie, tylko skupić się na tu i teraz, na najbliższych i najdalszych. Nie umiem czytać poematów prozą.
8. Jakub Rewiuk, Poczwarka
Rasowy, klasyczny erotyk niczym z najlepszych czasów 1938 roku. Aż chce się zawyć w tęsknocie z tą utraconą niewinnością, niepozwalającą nam pisać takich tekstów współcześnie o tu i teraz.
9. Piotr Niewiadomski, Śmierć Brunona Schulza
Jakby wyglądał język schulzowski, gdyby jego bohaterowie dorośli, przeżyli wojnę, próbowali dalej żyć i robić swoje? Co by stracili i co zyskali? I czy wciąż wtedy byliby bohaterami Schulza? Nie mówiąc już o tym, że ta lektura każe zadać fundamentalne pytanie: a co by było, gdyby nasz patron przeżył to wszystko, uciekł do Warszawy i napisał wszystkie książki Grzesiuka?
Tak, to wszystko są impresje o tych opowiadaniach, fragmenty nastroju i klimaty, ale one same każą pisać o sobie w taki sposób, skoro to jest to, co podkreślają.
Najbardziej książka kłamie w tytule.
Bowiem nie ma tu ani jednego Apokryfu – wszystkie opowieści wyczytane w księdze są jak najbardziej kanoniczne, nigdzie świat nie zabłądził w niewłaściwy meandry. Nie ma tu ani jednej Herezji, żadnej obrazy moralności, zaatakowania status quo, próby pójścia w poprzek – ale z drugiej strony, czy sam Patron był taki? Czy to, o czym pisał, jednak nie było samym środkiem głównego nurtu, tylko główny nurt o tym kompletnie nie wiedział? Ani pod względem obyczajowym, ani językowym nie wychodzimy zbyt daleko. Jesteśmy w centrum, ale może to i dobrze – bo dzięki temu widzimy, gdzie to centrum naprawdę jest.
I co ciekawe, ja tu nie widzę żadnego opowiadania fantastycznego. Chociaż może powinno zadziać się coś innego. Wydając takie książki, próbujemy wpłynąć na rzeczywistość i pokazać, że seria takich zwyczajnych opowieści obyczajowych, o dorastaniu, o pamiętaniu i zapominaniu – to są właśnie rzeczy fantastyczne. Jeżeli tak, to wcale nie będzie mi przykro i do takiej fantastyki jak najbardziej będę się przyznawał. Bo z tą inną, to tak trochę ciężko.
Nie da się ukryć, że Patron jednak mocno siedzi w naszym myśleniu u dorosłych starających się przypomnienie sobie, jak to było patrzeć oczami dziecka, jak odkrywać przemiany przestrzeni miejskiej, jak interpretować niezrozumiałe znaki dawane przez dorosłych albo przez przebrzydłe ptaszyska.
No i cały czas tęsknimy za tym rokiem 1938 i twardo nie przyznajemy się do tego, że odszedł, że już nie możemy używać tamtego języka, traktować tamtej rzeczywistości jako prawdziwej. Wciąż chcemy w niej żyć, wciąż chcemy jej doświadczać. To więcej mówi o nas niż o przeszłości. Gdyby ta książka wyszła wtedy, nie dostrzeglibyśmy tego wszystkiego, nawet jeśli treść byłaby dokładnie taka sama.
Tak wyszło, a ja sam, jako autor jestem równie winny, jak wszyscy pozostali. Nie czuję się z tym specjalnie źle.
Lubię antologie, które są silnie związane nie tylko tematem, ale też stylistyką, duchem i nastrojem. Tutaj to wszystko jest. Patron stoi z tyłu, uśmiecha się i myślę, że nie będzie miał nam za złe za takie potraktowanie swojej twórczości. Natomiast jeśli ktoś miałby na podstawie “Apokryfów i herezji” zrekonstruować “Sklepy cynamonowe”, to nigdy by się to nie udało, ale też nie taki (chyba) był cel tego projektu. Więcej wrażeń i nastrojów, mniej historii, nawiązań i bezpośrednich odniesień. Ale to też oznacza, że nie spodziewam się, żeby była to atrakcyjna lektura dla tych, którzy chcieliby dopiero w te wszystkie nastroje wejść.
Książka jest króciutka, objętością też bardziej przypomina krainę poezji niż prozy. I może to jest jeszcze lepszy klucz do lektury? A mocniejszą, silniej osadzoną w twardym rzemiośle opowiadania wersje Patrona pozostawmy komuś innemu.
A jak wam się podobało?

